Kilka wspomnień z dzieciństwa

Zanim poszłam do szkoły muzycznej rodzice zapisali mnie do Ogniska, które wówczas mieściło w podwórku przy Nowym Świecie. Dziś nie ma już tej starej, warszawskiej kamienicy, ocalałej z pożogi wojennej. Dla mnie wtedy to był pałac, chociaż lekcje odbywały się w piwnicach zamienionych na ciemne klasy. Przez zapyziałe okienka nie dochodził tam nawet najmniejszy promyk słońca. Jak przez mgłę pamiętam: egzaminy, dyrektor Kawecką, popisy i ten najważniejszy koncert w Teatrze Polskim, gdzie grałam sonatinę Clementiego. Musiałam być mała, bo podstawiono mi krzesełko pod nogi, a moja mama długo przechowywała sukieneczkę z tamtego popisu i dziwiła się, że była tak mała jak dla lalki. Pamiętam, że organizowano kilka razy do roku popisy dzieciom z Ogniska Muzycznego w domach uczniów, którzy mieli duże metraże.

To były niezapomniane chwile… Te spotkania maluchów grających na instrumentach, rodziców i nauczycieli… W mieszkaniach na Widok, Hożej, Tamce, Kopernika. Te dwie ostatnie ulice zapamiętałam najbardziej, bo mieszkały tam po wojnie moje babcie, które regularnie odwiedzałam…Pamiętam też jedno takie ogniskowe spotkanie na zakończenie roku. Gdzieś, chyba na Foksal, był ogromny pokój z balkonem i dwoma pianinami. Tak się wtedy dziwiłam, jak można mieć w domu aż dwa pianina ( a teraz sama mam dwa pianina)…

Nasza salka koncertowa w Ognisku Muzycznym, zanim przeniosło się ono z Nowego Światu na ulicę Profesorską, pękała w szwach, gdyż nie mogła podołać ilościom organizowanych popisów, egzaminów i przesłuchań. Ludzie sobie jakoś radzili, chociaż była komuna i zakazy zgromadzeń. Potrafili załatwić zgodę na domowe koncerty dla dzieci. Potem wybudowano domy kultury, dostęp do sal był większy. Mimo szalejącego terroru stalinowskiego, w podziemiu, na Nowym Świecie, kwitła kultura muzyczna. Wychowywano w duchu tradycji narodowych przyszłych muzyków i uczono takimi metodami, że dzieci chciały grać i popisywać się swoimi umiejętnościami. To była niewątpliwie zasługa nauczycielek starej daty, tych sprzed wojny.

Moim pierwszym pedagogiem była Maria – Antonina Byszewska, która wyjechała potem do Bydgoszczy, gdzie objęła etat nauczyciela fortepianu w Państwowej Szkole Muzycznej. W drugim roku nauki dostałam się do klasy fortepianu, starszej i przemiłej pani profesor Marii Twardowskiej, dojeżdżającej do Warszawy z Milanówka. Teraz widzę, jak daleką musiała pokonywać drogę. Nie było wówczas szybkich pociągów i innych połączeń. Musiało być jej bardzo ciężko dojeżdżać do uczniów do Warszawy.

Profesor Maria Twardowska opowiadała, że była przed wojną dobrą pianistką. Jakby na potwierdzanie tego, czasem rozcierała zgrabiałe palce i grała Chopina, którego wtedy od razu pokochałam. Jak zagrała mi pewnego razu trzy polonezy młodzieńcze, to wpadłam w wielką euforię i powiedziałam, że nie wyjdę z lekcji, dopóki nie zacznę jednego z tych polonezów grać. I nauczyłam się, takt po takcie, nutka po nutce. Mimo, że polonez Chopina B-dur był poza programem nauczania fortepianu na tym etapie, na którym byłam, to zagrałam go w całości, ale tylko dla siebie, bo nie było to wykonanie na egzamin czy popis. Pani Profesor Twardowskie nie odebrała mnie radości nawet z tak nieudolnego wykonania i tym bardziej jeszcze zachęciła do muzyki. Potem każdego roku dopracowywałam ten utwór, aż w końcu stał się gwoździem w moim repertuarze.

Pani Profesor zawsze mówiła, że byłam jej najlepszą uczennicą. Zostałam obdarowana pierwszym tomem „Listów Chopina”, drugi miałam dostać jak dorosnę. Dostawałam w prezencie nuty z dedykacjami, portret Chopina i medalion z kluczem wiolinowym, który zakładałam, gdy szłam na koncert czy do teatru. Wszystkie te pamiątki, książki, dedykacje, przechowuję do dziś jak relikwie.To były najpiękniejsze lata mojego życia. O nic się nie troszczyłam. Uwielbiałam lekcje muzyki, na które biegłam jak na skrzydłach, pochwały i same piątki, które dostawałam po każdym dobrze zagranym utworze.

Kochałam Ognisko Muzyczne, wolałam je od szkoły ogólnokształcącej. Pewnego dnia pani profesor Twardowska, a było to w Ognisku, w czwartej klasie, zdecydowała, że muszę pójść do państwowej szkoły muzycznej, takiej łączonej z przedmiotami i zaczęła mnie przygotowywać do egzaminu.

Musiałam nieźle grać i być dobrze nauczana, skoro z czwartej klasy ogniska dostałam się bez problemu do szóstej klasy PPSM na Krasińskiego, a za dwa lata zdałam do Liceum Muzycznego, które mieściło się wówczas na ulicy Pięknej w Warszawie, obok parku Ujazdowskiego. I na tym zakończę opowieść o pierwszym etapie mojego dzieciństwa, przepełnionego miłością wyłącznie do Chopina i fortepianu. Potem dorastałam stopniowo do Mozarta, Beethovena, Bacha, w miarę jak poznawałam utwory tych wielkich kompozytorów, ale to już były inne czasy…Obie panie profesorki, Maria-Antonina Byszewska i Maria Twardowska długo, bardzo długo jeszcze utrzymywały z moją rodzina serdeczny kontakt listowny i towarzyski. Mieszkaliśmy wówczas na Brackiej 18 w Warszawie, a rodzice byli bardzo gościnni. Potem przeżyłam pogrzeb profesor Marii Twardowskiej, wcześniej byłam również na pogrzebie jej męża.

Pani Maria miała przecudowne serce dla dzieci, których wprawdzie sama nie mogła mieć, ale wychowywała pasierbicę, kochała ludzi i zwierzęta. W Milanówku opiekowała się bezdomnymi kotami, narażając się na szykany bezdusznych sąsiadów. Sama też miała w domu ukochane zwierzęta, których imiona pamiętam do dziś. Tacy są artyści, a przynajmniej ich większość, wrażliwi, współczujący, otwarci na świat, potrzeby ludzi i niedolę zwierząt. Zastanawiam się, jak to się działo, że w czasach komuny, w podziemiach starej kamienicy z wieloma śladami zniszczeń po działaniach wojennych, uczono takimi metodami, że dzieci garnęły się do grania na różnych instrumentach. Były orkiestry dziecięce, zespoły, chóry, reprezentujące naprawdę wysoki poziom. Mam nadzieję, że pasja przekazywania dzieciom i młodzieży miłości do muzyki znowu się odrodzi. Tym razem ze zdwojoną siłą.

Leave a Comment

*Required fields Please validate the required fields

*

*

17 + twelve =

 
© 2010 - 2017 Lidia Bajkowska - Wszystie prawa zastrzeżone / All Rights Reserved